Top 10 albumów, które zdefiniowały synth-pop lat 80.
Syntezator długo był luksusem. W latach sześćdziesiątych zajmował całą ścianę studia i kosztował jak samochód. Potem zmalał, staniał, a na początku lat osiemdziesiątych zdobył go nawet zespół bez pieniędzy. To dziesięć albumów, na których stoi synth-pop lat 80. Żadnego nie powinno ci brakować w domu.
Syntezator długo był luksusem. W latach sześćdziesiątych zajmował całą ścianę studia i kosztował jak samochód. Potem zmalał, staniał, a na początku lat osiemdziesiątych zdobył go nawet zespół bez pieniędzy. Kraftwerk zdążyli już pokazać, co da się z nim zrobić. Resztę dekady przejęły automaty perkusyjne i jeden dobry refren. To dziesięć albumów, na których stoi synth-pop lat 80. Żadnego z nich nie powinno ci brakować w domu.
10. Yello – Stella (1985)
Dwóch Szwajcarów, którzy nawet nie udawali muzyków. Boris Blank nigdy nie studiował muzyki i kleił utwory z tysięcy dźwięków, które sam nagrał do własnego archiwum. Dieter Meier obok niego nie śpiewał, tylko mówił, jakby ci coś szeptał do ucha.
Oh Yeah znasz nawet wtedy, gdy o Yello nigdy nie słyszałeś. O utwór poprosił sam reżyser John Hughes do filmu Wolny dzień pana Ferrisa i od tego czasu brzmi zawsze, gdy ma nastąpić coś drogiego albo nieprzyzwoitego. Vicious Games i Desire to dowód, że album nie jest tylko jednym żartem.
Fun fact: Meier to syn bankiera, który studia prawnicze zamienił na zawodowy hazard. Grał też w szwajcarskiej kadrze golfowej, a do studia przychodził bardziej jak artysta plastyk niż muzyk.

9. Yazoo – Upstairs at Eric's (1982)
Vince Clarke napisał Depeche Mode pierwsze hity, a potem odszedł z zespołu w najlepszym momencie. Nie chciał sławy, chciał komponować. Alison Moyet dała do Melody Makera ogłoszenie, że szuka bluesowego zespołu, a Clarke był jedynym, który się odezwał. Oboje wyrastali w Basildon.
To połączenie nie miało działać. Jego maszyny są zimne, jej głos nie. Only You, Don't Go i Situation do dziś brzmią jak instrukcja, jak zrobić z tego pop. Yazoo wytrzymali dwa albumy i rozstali się na szczycie, a Clarke założył potem Erasure.
Fun fact: Rok później Flying Pickets nagrali Only You a cappella i zrobili z niej brytyjską świąteczną jedynkę. Clarke nie musiał kiwnąć palcem i miał najlepsze święta w karierze.

8. Alphaville – Forever Young (1984)
Marian Gold i jego dwóch kolegów chcieli robić muzykę, która brzmi jak europejskie kino. Dlatego ich debiut nie jest tylko taneczny, jest też smutny i trochę patetyczny. Nawet nazwę zespołu wzięli z filmu, konkretnie od Jeana-Luca Godarda.
Big in Japan i Sounds Like a Melody to letnie hity, ale Alphaville trzyma w kupie utwór tytułowy. Forever Young jest wolna i patetyczna i właśnie dlatego dwadzieścia lat później zaczęto ją grać na studniówkach i na pogrzebach na całym świecie.
Fun fact: Big in Japan nie jest o sławie. Jest o parze uzależnionej od heroiny przy berlińskiej stacji Zoo, która wmawia sobie, że kiedyś będzie gdzie indziej.

7. New Order – Power, Corruption & Lies (1983)
Kiedy zmarł Ian Curtis, Joy Division przestali istnieć z dnia na dzień. Trzech pozostałych mogło grać to samo dalej. Zamiast tego kupili sekwencer i automat perkusyjny i uczyli się ich obsługi na żywo, choć na początku sypało się to na koncertach.
To pierwszy album, który jest w całości ich. Age of Consent i Your Silent Face brzmią jak smutek, do którego da się tańczyć. W tym samym roku poza albumem wyszła Blue Monday, dwunastka, która połączyła dyskotekę z rockiem i jest najlepiej sprzedającym się singlem 12 cali w historii.
Fun fact: Peter Saville znalazł w ich sali prób dyskietkę i zrobił z niej okładkę Blue Monday w skali dwunastocalowej płyty. Tytułu utworu na niej nie znajdziesz, jest zakodowany kolorowym alfabetem. Legenda mówi, że produkcja była tak droga, że wytwórnia Factory traciła na każdym egzemplarzu.

6. Eurythmics – Sweet Dreams (Are Made of This) (1983)
Annie Lennox i Dave Stewart byli wcześniej parą i zespołem, i rozpadło się jedno i drugie. Za pożyczkę pięciu tysięcy funtów zbudowali studio na strychu starego magazynu nad zakładem oprawy obrazów w Londynie. Nagrywali na osiem śladów i nie mieli nic do stracenia.
Ten najbardziej znany riff nie jest gitarą ani basem, to syntezator. Sweet Dreams, Love Is a Stranger i Here Comes the Rain Again zrobiły z Eurythmics światowy duet w ciągu roku. Lennox obcięła do tego włosy na krótko, pofarbowała je na pomarańczowo i włożyła męski garnitur.
Fun fact: Krowę w klipie do Sweet Dreams wymyślił Stewart, fan surrealistów Dalego i Buñuela. Lennox tłumaczyła to prosto: są tu ludzie ze swoimi ambicjami i jest krowa.

5. a-ha – Hunting High and Low (1985)
Trzech Norwegów przeniosło się do Londynu z jednym utworem, na który nikt nie stawiał. Nagrali go trzy razy. Dwa razy przepadł, a dopiero trzecia wersja dostała teledysk, który zmienił wszystko.
Klawiszowy riff Take On Me powstał jeszcze w ich szkolnym zespole Bridges, gdy Magne Furuholmen miał piętnaście lat. Grał go na Rolandzie Juno-60, który w studiu nawarstwili z Yamahą DX7. Morten Harket dodał falset, którego nie da się zapomnieć, a The Sun Always Shines on T.V. dowiodła, że a-ha to nie zespół na jeden hit.
Fun fact: Teledysk powstał techniką rotoskopii, czyli rysowania wprost na klatkach filmu. Było ich około trzech tysięcy, a praca zajęła szesnaście tygodni. Teledysk zdobył potem sześć nagród MTV i wyniósł utwór na pierwsze miejsce w USA.

4. Tears for Fears – Songs from the Big Chair (1985)
Roland Orzabal i Curt Smith znali się z nastoletnich lat w Bath i obu wychowywała mama, ojcowie byli nieobecni. Pierwszy album Tears for Fears oparli na terapii i złości. Na drugim zdecydowali, że ma brzmieć wielko, i dodali żywą perkusję, solówki gitarowe oraz orkiestrowe plamy.
Shout nie jest piosenką o krzyczeniu na kogoś, ale o tym, żeby nie dać się uciszyć. Everybody Wants to Rule the World i Head Over Heels zdobyły potem Amerykę i zrobiły z dwóch chłopców z Bath zespół stadionowy.
Fun fact: Tytuł albumu i utwór Shout pochodzą z filmu Sybil o pacjentce z osobowością mnogą. Ten wielki fotel należy do terapeuty i jest jedynym miejscem, gdzie czuła się dość bezpiecznie, by mówić o dzieciństwie.

3. Pet Shop Boys – Actually (1987)
Neil Tennant pisał do muzycznego magazynu Smash Hits. W sierpniu 1981 wszedł do sklepu hi-fi na londyńskiej King's Road, bo potrzebował złącza do swojego Korga MS-10, i wdał się tam w rozmowę z Chrisem Lowe'em. Okazało się, że chcą tego samego. Muzyki tanecznej z tekstami o pieniądzach, klasach i o Londynie.
It's a Sin to najbardziej dramatyczny singiel popowy dekady, w którym Tennant rozlicza się z katolicką szkołą. Rent to najzimniejsza ballada o tym, że ktoś kogoś utrzymuje. What Have I Done to Deserve This? zaśpiewali z Dusty Springfield i przywrócili ją tym na świecznik.
Fun fact: Przełom przyszedł w 1983, gdy Smash Hits wysłał Tennanta do Nowego Jorku na wywiad z The Police. Wyjazd wykorzystał, żeby znaleźć sobie producenta. Na okładce Actually zieje, a ta znudzona poza stała się znakiem firmowym Pet Shop Boys.

2. Kraftwerk – Computer World (1981)
Kraftwerk z Düsseldorfu robili muzykę o rzeczach, o których nikt nie śpiewał. O danych, o liczbach i o tym, że kiedyś będziemy mieć komputer w domu. Ralf Hütter i Florian Schneider w studiu Kling Klang budowali własne instrumenty, bo kupione im nie wystarczały.
Computer Love, Pocket Calculator i Numbers wyprzedziły epokę o dziesięć lat. Pocket Calculator zespół nagrał też po niemiecku, francusku i japońsku. Rytm z Numbers rozebrali amerykańscy producenci i zbudowali na nim electro oraz hip hop. Kto chce zobaczyć, gdzie to się zaczęło, niech puści też The Man-Machine z 1978 roku.
Fun fact: Chris Martin z Coldplay chciał użyć melodii Computer Love w utworze Talk, więc napisał Ralfowi Hütterowi list jak uczeń na lekcji niemieckiego. Odpowiedź była jednym słowem, yes. Kraftwerk kazali też Casio przerobić kalkulator VL-80 tak, żeby dało się na nim grać.

1. Depeche Mode – Music for the Masses (1987)
Depeche Mode zaczynali jako słodki zespół dla nastolatków, a hity pisał im Vince Clarke. Kiedy odszedł, pisanie przejął Martin Gore i zaczął ciągnąć brzmienie w ciemność. Szósty album to moment, w którym z popowego zespołu zrobiło się coś większego i poważniejszego.
Never Let Me Down Again otwiera album riffem, który brzmi jak lawina, i do dziś grają go na koncertach jak hymn. Strangelove i Behind the Wheel dodały elegancji i napięcia. Głos Dave'a Gahana dorósł tymczasem do rejestru, którego publiczność oczekuje od niego do dziś.
Fun fact: Tytuł wziął się z płyty Music for the Millions, którą Gore kupił i uznali to za zabawne. Trasa skończyła się na kalifornijskim stadionie Rose Bowl przed ponad sześćdziesięcioma tysiącami ludzi. Zapis wyszedł jako film 101, bo to był sto pierwszy i zarazem ostatni koncert trasy.

Lata 80. grają dalej
Synth-pop nigdy nie zniknął, tylko się przeniósł. Klasyki wychodzą w remasterowanych reedycjach na płytach LP i CD, a do tego samego brzmienia wraca synthwave. Jeśli chcesz pójść głębiej, puść Human League, Soft Cell, Gary'ego Numana, Ultravox i Simple Minds. Pionierów znajdziesz u Jeana-Michela Jarre'a, Giorgia Morodera, Tangerine Dream i Vangelisa.
To brzmienie zbudujesz dziś też u siebie. Zajrzyj na syntezatory i na analogowe reedycje klasyki od Rolanda, Korga i Behringera. Rytm załatwi groovebox, w podróż wystarczy kieszonkowy syntezator. Płyty puść z gramofonu, dostrój słuchawkami, a resztę dorób merchem. Poprzedni odcinek serii mamy o nu metalu.
Źródło zdjęcia: Wikipedia, Shutterstock